Są takie wydarzenia, obok których fan nie może przejść obojętnie. Dla miłośników ciężkich brzmień z Polski i świata Mystic Festival z roku na rok coraz bardziej umacnia się na liście tych wydarzeń z rodzaju „must be”. Może nie każdy dzień wszystkich zachwyca, może jedna edycja miewa lepszy line up od drugiej, ale wszyscy znajdą coś dla siebie + to idealna okazja, aby odkryć wiele nowych kapel. Oj, a jest w czym wybierać!
Dzień 0 (Warm Up Day): Deszcz, powrót do przeszłości i mrok
Stocznia Gdańska znów powitała nas metalowym ciężarem! Warm Up Day, czyli słynny już „dzień zerowy” Mystic Festivalu, to dla wielu z nas prawdziwy start imprezy. W tym roku pogoda postanowiła rzucić nam wyzwanie, ale hej – przecież nie jesteśmy z cukru, prawda?
Zaczęliśmy mocnym uderzeniem na Park Stage. Zespół Diving Stone, zwycięzcy Road To Mystic, pokazali, że nie znaleźli się tam przypadkiem – świetnie rozgrzali wczesną publiczność, udowadniając, że polska scena ma się dobrze. Jednak dla mnie ten dzień miał dwa zupełnie inne, mocne punkty.
Pierwszym z nich był Jerry Cantrell. Usłyszeć legendarne riffy z repertuaru Alice in Chains, takie jak „Them Bones”, „Would?” czy „Rooster”, to było coś niesamowitego. Cantrell zabrał nas w sentymentalną podróż prosto w objęcia Seattle lat 90. Zaraz po nim scenę przejął Exodus, i to z Robem Dukesem na wokalu! Zespół udowodnił, że thrash metal w ich wykonaniu wciąż jest zabójczo precyzyjny i pełen agresji. Mimo deszczu, mosh pit pod sceną kręcił się jak w najlepszych czasach.
Ale prawdziwa magia działa się na mniejszych scenach. Midnight na The Shrine Stage dostarczył swój charakterystyczny, brudny, blackmetalowy rock’n’roll – energia aż kipiała! Z kolei na nowej scenie Desert Stage absolutnie urzekł mnie Castle Rat. Ich doom metal połączony z teatralnym, fantastycznym show (tancerka z mieczem!) sprawił, że na chwilę zapomniałem o padającym deszczu. Niestety, dzień miał też swoje minusy – zawiódł mnie The Kovenant. Kłopoty z nagłośnieniem i przaśne klawisze sprawiły, że ewakuowałem się stamtąd dość szybko.
Podsumowując – rozgrzewka zaliczona, karki bolą, a to dopiero początek!
Dzień 1 (Czwartek): Szaleństwo Suicidal Tendencies i mroczne rytuały
Czwartek to moment, kiedy festiwal ruszył pełną parą – wszystkie pięć scen zostało otwartych, a line-up pękał w szwach od świetnych nazw. Zaczęło się dość rock’n’rollowo, a skończyło… cóż, w czystym mroku.
Na Main Stage radosne, lżejsze dźwięki zaserwowali Eagles of Death Metal. To było fajne przełamanie festiwalowego ciężaru, pełne pozytywnej energii. Jednak prawdziwe trzęsienie ziemi miało miejsce na Park Stage za sprawą Suicidal Tendencies. Mike Muir biegał po scenie z energią nastolatka, a młody Tye Trujillo na basie udowodnił, że muzyka płynie w jego żyłach. Tłum dosłownie oszalał, a skoki i mosh pity nie miały końca. To był jeden z najbardziej energetycznych koncertów całego festiwalu!
Dla fanów mroczniejszych brzmień ten dzień również miał wiele do zaoferowania. Beherit na The Shrine Stage stworzył spektakl tak złowieszczy i toporny, że momentami miało się wrażenie uczestniczenia w prawdziwym rytuale. Oszczędne światła, gęsty dym i miażdżące riffy – to było czyste zło. Pozytywnie zaskoczył mnie też Absu ze swoim dynamicznym, black/thrashowym show. Niestety, na Nile nie udało mi się wbić – Shrine Stage była tak zapchana (częściowo przez ludzi uciekających przed deszczem), że trzeba było odpuścić.
Wieczór na Main Stage należał do In Flames. Szwedzi zaprezentowali potężne, perfekcyjnie nagłośnione show, przypominając, dlaczego są gigantami melodyjnego death metalu. A na deser? Perturbator i jego mroczny synthwave, który zamienił Park Stage w gigantyczny, industrialny klub. Czwartek zostawił nas wykończonych, ale szczęśliwych!
Dzień 2 (Piątek): Król jest tylko jeden!
Piątek na Mystic Festival 2025 był dniem pełnym kontrastów – od potężnego sludge’u, przez klasyczny heavy metal, aż po ekstremalne zjawiska pogodowe. Ale wszystko i tak zmierzało do jednego, wielkiego finału.
Zaczęło się od Jinjer na Main Stage. Tatiana Shmayluk ledwo wydała z siebie pierwszy dźwięk, a nad stocznią rozpętała się potężna burza. Deszcz lał strumieniami, ale tłum stał twardo, zahipnotyzowany wokalem i technicznym kunsztem zespołu. Kiedy burza minęła, mogłem skupić się na mniejszych scenach. I tu nastąpiło moje największe odkrycie festiwalu – Eyehategod na Desert Stage. Panowie z Nowego Orleanu zaserwowali tak brudny, szczery i potężny sludge, że dosłownie wgniotło mnie w ziemię. Ich koncert miał w sobie niesamowitą, punkową wręcz energię.
Nie wszystko jednak zagrało idealnie. Cradle of Filth okazał się dla mnie sporym rozczarowaniem – przerysowany Dani Filth i setlista, która mnie nie porwała, sprawiły, że szybko zmieniłem plany. Z kolei na Sabbath Stage (zwaną przez festiwalowiczów Sauna Stage ze względu na koszmarny ścisk i duchotę) odbywały się dantejskie sceny – dostanie się na koncert Archgoat czy Hellripper graniczyło z cudem.
Ale wieczór zrekompensował wszystko. W.A.S.P. zaserwował świetną dawkę klasycznego grania, a Opeth zabrał nas w piękną, progresywną podróż. Jednak nie oszukujmy się – ten dzień należał do King Diamonda. Król horror metalu dał show absolutnie perfekcyjne. Niesamowita scenografia, genialna forma wokalna, same klasyki w setliście („Burn” i „Abigail” na bis!) oraz dwa nowe utwory. Ten występ to był prawdziwy teatr, dla którego warto było zmoknąć!
Dzień 3 (Sobota): Legenda w deszczu i godne pożegnanie
Ostatni dzień festiwalu to zawsze mieszanka zmęczenia i chęci wyciśnięcia z imprezy ostatnich soków. Pogoda znów nas nie oszczędzała, ale line-up soboty był tak mocny, że nikt nie myślał o powrocie do domu.
Dzień zaczął się od świetnego, metalcore’owego strzału od Landmvrks na Main Stage, po którym nastąpiła piękna lekcja szwedzkiego melodeathu w wykonaniu Dark Tranquillity. Jednak dla mnie bohaterem tego dnia (i jednym z największych zaskoczeń festiwalu) był Vader na Park Stage. Zespół zagrał w strugach ulewnego deszczu, ale to w ogóle nie ostudziło zapału fanów. Setlista oparta głównie na legendarnej płycie „Litany” brzmiała potężnie – to był prawdziwy, deathmetalowy czołg!
Zaraz po nich na tej samej scenie pojawił się projekt Blood Fire Death, czyli hołd dla Quorthona i muzyki Bathory. Muzycy z takich kapel jak Aura Noir czy Watain (oraz gościnnie Nergal) stworzyli niesamowite, emocjonalne widowisko. Z kolei na nowej Desert Stage niezniszczalny Pentagram z Bobbym Lieblingiem udowodnił, że doom metalowy rock’n’roll nie ma terminu ważności.
Finał na Main Stage należał do Sepultury. Mimo różnych opinii na temat obecnego składu zespołu, trzeba przyznać jedno – na żywo to wciąż potężna, groove metalowa maszyna, a publiczność bawiła się znakomicie. Festiwal zamknąłem melancholijnym, gotyckim występem Tiamat.
Podsumowując: Mystic Festival 2025 to edycja, która stała pod znakiem kapryśnej pogody, niesamowitych powrotów i potężnych koncertów. Organizacja znów stanęła na wysokości zadania, a nowa Desert Stage to był strzał w dziesiątkę (choć z dusznej Sabbath Stage trzeba wyciągnąć wnioski na przyszłość). Do zobaczenia za rok w Stoczni!
